Moment, który zmienił wszystko – praca metodą Original Play


Z metodą Original Play spotkałam się już w poprzedniej pracy – zaprzyjaźnionej fundacji, która wdrożyła mnie w „świat autyzmu”. Tam też po raz pierwszy widziałam jak wygląda zabawa z dziećmi w spektrum według tej metody. Nie rozumiałam nic. Pamiętam moment, kiedy przełożona zaprosiła mnie do przyglądania się zabawie z podopiecznymi. Pamiętam myśli, jakie przepływały przez moją głowę: „Co to ma być? To jest terapia? Nic z tego nie rozumiem… Przecież to <<zwykłe>> turlanie się z dziećmi po podłodze. Nie kupuję…”.

Mimo pierwszego sceptycznego odruchu, coś mnie w tej „zabawie” zaintrygowało – z jednej strony nie widziałam sensu, profesjonalizmu, metodologii, z drugiej strony jednak ogromną radość dzieci… A może o to właśnie chodzi – o tą radość? „Połknęłam haczyk” i zapisałam się na pierwszy stopień szkolenia. Przez dwa dni Jola Graczykowska zarzucała nas dziwnymi dla mnie hasłami, typu „podążanie”, „rezonowanie”, „niedyrektywność”, „wczuwanie się” i tym podobne niezrozumiałe dla mnie slogany. To nie był ten tytułowy „moment, który zmienił wszystko”.

174 dl03Jakiś czas później zaczęłam pracę jako psycholog oddelegowany do terapii indywidualnej w niezwykłym miejscu – Terapeutycznym Punkcie Przedszkolnym Dreamlab. Już trochę więcej rozumiałam pojęcia „podążanie” czy „niedyrektywność”, jednak nie były one we mnie zaszczepione. Prawdę mówiąc obawiałam się, że w swojej pracy będę według pracodawcy i innych pracowników „zbyt dyrektywna”, co w praktyce wyglądało tak, zabierałam podopiecznego na zajęcia terapeutyczne, siadaliśmy przy jednym stole i przez pół godziny/godzinę próbowałam zrealizować z nim program behawioralny.

I tutaj następuje pewien paradoks – nie czułam się w tym komfortowo – ani ja, ani dziecko. Ja miałam w sobie przymus „wykonania terapii”, co w moim wyobrażeniu oznaczało stolik, krzesełko i siedzenie ramię w ramię z podopiecznym, za to podopieczni nie byli w stanie „wysiedzieć” tyle czasu i zrealizować tego, czego od nich oczekiwałam… Jak się później okazało moje oczekiwania były kluczowe, a w zasadzie porzucenie ich, by terapia miała jakikolwiek sens i by mogła przynieść efekty… to nadal nie jest ten tytułowy moment 😉

Certyfikat z pierwszego stopnia Original Play wydawał mi się tak mało istotny, że zapomniałam go wpisać w CV, kiedy starałam się o pracę w Dreamlab. Nie miałam pojęcia, że jest to placówka, która chce oprzeć całą swoją metodologię o tą „prawdziwą zabawę” – o metodę Original Play. Niedługo po rozpoczęciu pracy w nowym miejscu przyjechała do nas Jola Graczykowska poprowadzić seminarium z tej metody.


Był to bodziec do rozpoczęcia przez nas – kadrę Dreamlab – stosowania zabawy w terapii z dziećmi w spektrum. I stało się – zaczęłam bawić się z dziećmi. Na początku czułam się nieswojo… Prześladowały mnie te same myśli, co w momencie, gdy pierwszy raz się z tym spotkałam: „Czy to nie jest nieprofesjonalne? Przecież zaraz ktoś mi zarzuci, że zamiast prowadzić konkretną, rzetelną terapię turlam się z dziećmi po matach”. Myśli te nurtowały mnie do momentu… tak, tytułowego „momentu, który zmienił wszystko”.

Bawiłam się z jednym z naszych podopiecznych, chłopcem, który nie komunikował się werbalnie. Słowa, które wypowiadał nie miały realnego odniesienia, były głównie echolaliami.

Jednak w tamtym kluczowym momencie miały i sens i realne odniesienie – wiem to, ponieważ zatrzymał się, spojrzał na mnie i powiedział „chcę siku”. W pierwszym momencie myślałam, że się przesłyszałam i automatycznie zapytałam „Co?”, na co chłopiec powtórzył „chcę siku”. Nie wiem ile czasu to trwało zanim otrząsnęłam się i poszłam z nim do toalety, jednak wiem, że ten komunikat był fundamentem do zmiany wszystkiego, co było moim podejściem w pracy z dziećmi.

Zrozumiałam, że oczekiwania (te moje i te płynące ze świata), nagradzanie i karanie (stosowane jako motywacja), stawianie się pozycji nadrzędnej wobec dziecka (w końcu to ja jestem terapeutą, ono podopiecznym) nie mają za dużo wspólnego z efektywnością terapii, nie wspominając o akceptacji, zrozumieniu czy podążaniu za potrzebami dziecka. Zrozumiałam, że gdy „odpuszczę” sobie i dziecku i pójdę się z nim naprawdę pobawić, poświecę mu całą swoją uwagę, otoczę atmosferą zrozumienia, nie stawiając siebie w pozycji nadrzędnej… wtedy mogę spodziewać się prawdziwych, zaskakujących efektów. Efektów, które zmieniają wszystko.

Madalena Elmanowska

Udostępnij: